Kilka nudnych opowieści

Obiecanki


Link 01.01.2010 :: 02:31 Komentuj (2)

"Kamień jest ciężki i piasek ma ciężar, ale cięższy od nich obu jest gniew głupca"

Frank Herbert "Diuna"

Czas znowu się oszukiwać. Teleturniej "Twoje ulubione postanowienie noworoczne".
Nie będę się opierdzielał. Będę spał więcej niż 3 godziny na dobę. Skarpetki wypiorę zawsze po pierwszym dniu noszenia. Będę mył ręcę po wyjściu z toalety. Zawsze. Nie będę grzebał w pępku.
Z tych bardziej realnych: postaram się częściej coś tu napisać.
I tak nikt tego nie czyta, a przecież zapłaciłem za tego bloga, więc mogę pisać, co chcę.
No, może z wyjątkiem obrażania po pijaku prezydenta.
W końcu moja głowa to wielki pojemnik na głupie pomysły. 
Jeśli wyleję tutaj ich część, będzie więcej miejsca na nowe.











New Year's Day


Link 31.12.2009 :: 18:33 Komentuj (1)

"Dzisiaj cytatu nie będzie". Karol Nowicki

Dawno mnie tutaj nie było. Wszystko co dobre kiedyś się kończy.

Dzisiaj wyjątkowy dzień. Coś się kończy, coś zaczyna, ale świerszcze w pokoju cykają nadal. Może w końcu je ten pająk zeżre.
Ale, jak mawiają Włosi, ad rem.
Dzisiaj wszyscy życzymy sobie szczęśliwego nowego roku i innych ciekawych bzdetów.

Ja żyję zgodnie z filozofią Murphy'ego, twierdzę więc, że nigdy nie jest dość źle, żeby nie mogło być gorzej.

Ten rok będzie tragiczny. Nie uderzą w nas żadne komety, ruskie satelity, ani kosmiczne jacuzzi. Przy tym co się wydarzy, to wszystko jest jak pierdnięcie muchy, w porównaniu z kopnięciem Pudziana. Jak nie wierzycie, spytajcie Najmana, co o tym sądzi.

Wszystko zacznie się od tego, że nasz Prezydent (piszę tak, żeby w jego wypadku przynajmniej "p" było duże) strasznie się obrazi.
Wiem, jestem mu nieprzychylny, zły i za moje nastawienie pójdę do piekła, gdzie za karę 
co wieczór Hitler będzie mi wsadzał w dupę ananasa.
Fakt ten jednak zapoczątkuje całą serię nieszczęść.
W okolicach lutego podrożeje smalec, co jest tak przerażające, żę boję się o tym myśleć.
Póżniej wiosna zaskoczy drogowców.
Plaga bocianów spadnie na Polskę.
24 czerwca będą imieniny Jana. 25 czerwca 75% Polaków będzie umierać na ból głowy. Pozostałe 25% procent będzie umierać na prostatę.
W lipcu okaże się, że Euro 2012 musimy przeprowadzic natychmiast. Główne mecze będą się odbywać na stadionie narodowym w Dupolewie Mniejszym. Dumą Polski bedzie trybuna dla VIPów zbudowana w tydzień z 3000 opon od Stara. Władze UEFA gościł będzie Hotel Robotniczy w Parzyniechach.
Dla kibiców zostanie wydany specjalny przewodnik turystyczny po Polsce pod tytułem "Toczymy cielska w stronę Nasielska."
W związku z Euro, Kraków stanie się stolicą Wielkiej Brytanii. Zostanie wprowadzony obowiązek jazdy lewą stroną jezdni, jedzenia puddingu, picia ciepłego piwa, chodzenia bez koszulki i mówienia "so" (czyt. soł) z odpowiednim akcentem (a la Jaś Fasola). W przypadku nieoodpowiedniego akcentu, za karę trzeba będzie pocałować Wayne'a Rooney'a.

Wydarzy się jeszcze wiele innych nieszczęść. Poczytajcie Nostradamusa. Koleś był mądry.

I to bez wikipedii.

Najlepszego. Nie spijcie się za bardzo.



Człowiek w czapce


Link 16.01.2009 :: 12:31 Komentuj (2)

"Absurdalność daje się wyrazić tylko za pomocą humoru"  Alfred Hitchcock

Jak wiadomo niezwykłe nakrycia głowy zawsze były atrybutem, który wiązał się z jakąś niezwykłą, ponadnaturalną mocą. Chociażby wielcy czarnoksiężnicy ukazywani w charakterystycznej, wyglądającej troche jak urodzinowa czapce, królewska korona, symbol władzy, czy kucharz potrafiący zrobić schabowego z kawałka ziemnieka w swojej śmiesznej czapce. Dlatego kiedy ujrzałem wielką lśniącą maszynę podjeżdżającą na przystanek i kierowcę, który w garniturze i swoim futrzanym nakryciu głowy wyglądał jak komiczny radziecki czołgista, moje serce napełniła nadzieja, że może dane będzie mi przeżyć coś niezwykłego. Ja mogłem tylko przypuszczać, ci którzy znajdowali się w środku już wiedzieli. Mimo tego ich kamienne twarze nie zdradzały nadchodzących emocji. Kierowca faktycznie miał moc. Już na pierwszym zakręcie wprawił cały autobus w stan nieważkości, a później jego moc stawała się coraz większa, jakby czerpał moc z dusz uwięzionych w pędzącym przez otchłań krakowskich ulic autobusie. Niestety inni uczestnicy ruchu zaślepieni swoją niewiedzą posuwali się bezczelnie wolno. Nasz Mistrz cierpliwie i z dostojeństwem pouczał ich delikatnym klaksonem, albo z wielką gracją omijał ich niczym pachołki, wyzwalając przy tym wielkie siły bezwładności, które wyrażnie wprawiały wszystkie jadące w autobusie babcie w stan ekstazy. Niestety podróż z miasteczka na uniwersytet trwa dość krótko, więc pozostało mi tylko patrzeć jak tył wielkiej lśniącej maszyny oddala się sunąc w kierunku wielkich kominów kombinatu. Mam nadzieję, że nasz pan kierowca nie wpakował się w żaden z nich. Mistrzu, jakże wielkie są Twoje umiejętności! Ale musisz się jeszcze wiele nauczyć, żeby zostać kierowcą autobusu jeżdżącego do Carrefoura.....



wish


Link 07.01.2009 :: 00:28 Komentuj (2)
"Wish I was a better man, wish I had a better plan for dealing with this what am I, what am I to do now" fragment piosenki Tiesto - "Ur"

Wpis będzie trochę dziwny.
Ale czy któryś był normalny?. Wszystkie są dostosowane do poziomu piszącego.
Opowiem Wam bajkę. Mimo faktu, że to ja występuje jako narrator, będzie w miarę normalna. Żadna tam opowieść o księciu, który z powodu hemoroidów nie może znaleźć żony, czy historia dwóch homoseksualnych pingwinów, które chcą adoptować małego strusia.

Tak więc było sobie drzewo. Nie znam się, niech będzie, że dąb. I to drzewo miało ptaka, którego nazywało swoim przyjacielem.
Ehm. Znaczy taki kolorowy ptak siadał sobie na drzewie i rozmawiali o życiu. Nasz dąb bardzo mu zazdrościł. "Ty możesz latać po świecie i wyrywać najlepsze ptaszyny, a ja, widzisz, zapuścilem korzenie i siedze tu sam jak pień. I same stare próchna mnie otaczają. Chciałbym się stąd wreszcie wyrwać, zobaczyć świat, spotkać kogoś znanego..."
I pewnego dnia przyszedł pan drwal o wspaniałej muskulaturze z wielką piłą i ściął dęba. W długim procesie produkcji zrobiono z niego papier toaletowy i rozesłano po całym świecie. Na kilku rolkach wydrukowano logo pewnej znanej firmy na lierę "M", produkującej systemy operacyjne i podpisano "Edycja limitowana Billa Gatesa".
Koniec.

Bo kto mi powie, że marzenia się nie spełniają.
Oczywiście, że się spełniają. Tylko przeważnie w takiej formie, jaka nie śniła nam się nawet w najgorszych koszmarach.
Tak jakby każdy z nas był takim małym Syzyfem i pchał na górę marzeń co tam akurat ma pod ręką. I kiedy wydaje Ci się, że docierasz do celu, los z szyderczym uśmiechem mówi "a kuku" i kopie Cię w miejsce, gdzie plecy łączą się z nogami, popychając w najmniej odpowiednim kierunku.
Ale cóż, sam tego chciałeś. Zamiast marzyć możesz prowadzić aktywny tryb życia- kłaść się tylko po to żeby wstać i znów włączyć kompa.
Tylko uważaj aby o lepszym nie marzyć. Nigdy nie wiadomo, kto i co może Ci wsadzić w chłodzenie procesora.
Bo dwie rzeczy szczególnie irytują. Pierwsza to wysokie pokrzywy na plaży nudystów. Druga to sytuacje, kiedy coś tam sobie wykombinujesz, a wychodzi zupełnie odwrotnie niż chcesz.
Ale spokojnie. Na pokrzywy jest przecież maść, a do tego drugiego po 20 latach można się przyzwyczić.


Wielka Kumulacja


Link 17.12.2008 :: 02:01 Komentuj (0)
"Bo niektóre próby się nie udają. Tak jak próba zrobienia z Leppera lwa salonowego." Karol Nowicki, wypowiedź w ShoutBoxie ieue.pl

Kiedy od tygodnia z wielkim trudem udaje Ci się wygospodarować na sen marną godzinę na dobę, Ona w końcu musi nadejść.
Wielka Kumulacja.
Atakuje niespodziewanie w postaci Psychopatycznego Pana Lotto, który oprócz Twojego Szczęśliwego Numerka przynosi mgłę, by w końcu zasłonić Ci obiektyw.
Najpierw wzbudza Twój wewnętrzny głos. "Stary nie bierz tego do siebie. Nawet Cię lubie, ale zostaw już swoje zabawki w piaskownicy i idź wreszcie spać do jasnej cholery".
Kiedy nie dajesz się przekonać takim argumentom, Psychopatyczny Pan Lotto brutalnie gasi Ci światło. Tu i teraz. Stoisz czy siedzisz.

Wtorek, godzina 4:00
Poprawiłem jeszcze mój ostatni żałosny wpis na blogu.
Wtedy po mnie przyszła. Jak Pani Moich Snów, tylko zbyt brutalna, by delikatnie utulić i zaprosić mnie do krainy sennych marzeń.
Sprawiła, że znów zaczął się ponury Wielki Festiwal Oszukiwania Samego Siebie. "Bo przecież wstanę wcześniej, spokojnie zjem śniadanie i doprowadzę się do stanu względnej przydatności do użycia". Zbyt długo jestem zmuszony przebywać z samym sobą, aby wierzyć w takie bzdury. Mimo to, mała iskierka naiwności w takich sytuacjach potrafiłaby zachwycić niejednego piromana.

godzina 6:45
Spóźniony. Na szczęście istnieją życzliwi ludzie, którzy dbają o to, żebym w ogóle wstał na zajęcia. Łazienka. Ilość Twoich sąsiadek blokujących dostęp jest zawsze wprost proporcjonalna do rozmiarów Twojego spóźnienia. Lustro. Pół minuty czekam, aż otoworzą mi się oczy i łaskawie objawię się sam sobie. Wielkiego Festiwalu ciąg dalszy. "Wcale nie wyglądasz tak źle. Przecież i tak nikt nigdy nie widział, jak wyglądają Twoje oczy kiedy nie są spuchnięte. A to, że nie goliłeś się od tygodnia tylko dodaje Ci uroku."
Jeszcze by się ubrać wypadało. Ciemno i nie ma czasu, więc biorę pierwsze z brzegu ubrania, mając nadzieję, że są moje. A w szczególności, że nie należą do którejś z sąsiadek. W rózowym sweterku Doroty dzisiaj niekoniecznie dobrze bym wyglądał.

Na śniadanie będzie to, co uda się złapać biegnąc za autobusem. Więc czas rzucić się w pogoń.
Fajnie, jak mustang, no nie?

godzina 8:00
Ćwiczenia z makro. Pan "Boguś Linda", mimo że strasznie się wczuwa, swoją przemową działa na mnie kojąco niczym balsam po goleniu.
Wielka Kumulacja jest wierna. Powiedziałbym, że upierdliwa, ale nie chcę jej obrazić. Nie wystarczy jej, że zabrała mi już dziś trzy godziny z życia. Ona zawsze chce więcej i więcej. Wygrała. Po dziesięciu minutach zmieniam się w tępo patrzące na świat warzywo, którego jedynym celem jest trzymać względny pion i nie uderzyć z hukiem głową w ławkę.
Boguś jakieś zadanie dał.
Ja i Kumulacja byliśmy jednak zbyt zajęci sobą, żeby zajmować się takimi pierdołami. "Skupiony na własnym zeszycie rozpocząłem dogłębną analizę sporządzonych przeze mnie notatek." Nieprzytomnym wzrokiem gapiłem się na te kilka kartek papieru, jakby ktoś wypisał mi tam formułę na największe osiągnięcie ludzkości od czasu wynalezienia krojonego chleba.
Zauważył. Złośliwy cwaniak.
"Widzę jak bardzo jest pan zaangażowany, więc zapraszam do wykazania się przy tablicy".
Masz swój Szczęśliwy Numerek.


Oby tak dalej


Link 16.12.2008 :: 02:54 Komentuj (4)
"Nie kłamstwa, lecz prawda zabija nadzieję." Jerzy Andrzejewski

Na wszelki wypadek piszę to dziś, kiedy jest beznadziejnie. Bo przecież nikt z nas tego nie chce, ale nie możemy wykluczyć, że jutro będzie lepiej. I, co gorsze, mogę mieć dobry humor. Wtedy efektu nie będzie.

Bo bywa tak, że zdarzy się gorszy dzień. Zgodnie z powszechnie obowiązującą procedurą wstajesz z łóżka lewą nogą. Jeśli Ci się nie udało to znaczy, że użyłeś niewłaściwej nogi. Wstydź się. Zdarzają się jednostki wybitnie uzdolnione. Jak ja. Odznaczają się tym, że potrafią wstać z łóżka lewą nogą wcale z niego nie wychodząc lub w ogóle się nie kładąc.
Bo wszystko wali się na raz. Jakbyś szachownicę z pieczołowicie rozstawionymi figurami ważnych dla Ciebie spraw postawił przed wrednym bachorem zwanym Szarą Codziennością. Nie rozumie, więc wrzeszcząc macha rękami i tupie nogami. I kopie po kostkach. Czasami wiesz, że coś może
pójśc nie tak. Podejmujesz środki ostrożności. Wtedy źle pójdzie coś innego. Bo jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno.
Jeśli jednak udało się, oznacza to, że zrobiłeś coś w niewłaściwy sposób.
Buba bobowska.
Zwykle jestem cierpliwy. Ale w takie dni sprowokowany mogę zbierać starszliwe żniwo zniszczenia nawet z filetem śledziowym w ręku.
Jeśli się wahasz, najprawdopodobniej masz rację.
I kiedy już wydaje Ci się, że dostrzegasz światełko w tunelu, okazuje się, że to pociąg jadący z naprzeciwka.

Bo portierka znowu nie chciała mnie wpuścić do akademika.
Bo Paweł nie docenił mojego ostatniego tekstu.
Bo program się nie kompilował.
Bo talerz przecieka.
Bo piąta kawa już nie smakuje tak jak pierwsza.
Bo po pięciu kawach nie potrafię usiedzieć w miejscu. Co nie zmniejsza mojej senności.
Bo szósta kawa kończy swój żywot na klawiaturze.
Bo alergia zrobiła się ambitna.
Bo odmroziłem dłoń.
Bo maść na odmrożenia śmierdzi.
Bo maść na odmrożenia poplamiła mi lekturkę z francuskiego.
Bo lekturka z francuskiego jest głupia. Do tego śmierdzi maścią na odmrożenia.
Bo nauka zaczeła się jak zawsze i skończyła się jak zawsze.
Bo inne rzeczy zaczęły się jak nigdy, a skończyły się jak zawsze.

Powiało pesymizmem? No dobra, przecież zawsze byłem optymistą.
Jutro też jest dzień. Lepiej pewnie nie będzie, ale może przynajmniej będzie śmieszniej.


Obywatel PM


Link 14.12.2008 :: 14:47 Komentuj (4)
"Mężczyźni, bądźmy wdzięczni gejom. Zmniejszają nam konkurencję" zasłyszane w Sieci.

Obiecałem więc piszę.
Bo w każdej społeczności ktoś taki zdarzyć się musi.Nikt nie wie skąd się biorą. Każda zbiorowość ludzka ma swojego Pawła M. Osobnik taki tkwi w swojej własnej rzeczywistości niczym w pancernym kokonie, którego sam nie chce opuścic i nie pozwala tam dotrzeć ekipom ratunkowym.
Bo przecież ktoś musi być "porządny". Ktoś musi pomagać dziecinnym studentom, którzy jak rozwrzeszczane bachory biegna zaślepieni w owczym pędzie na popijawy i bardziej kulturalne libacje, jakby był to najsmaczniejszy lizak na świecie. I do tego z gumą do żucia w środku.
I Paweł M. pomaga. To ktoś w rodzaju supermana w zbyt ciasnych gaciach, który  strzeże Prawa i Sprawiedliwości. On zawsze Cię otrzeźwi informując ile dni pozostało do sesji. Zawsze nawróci na dobrą drogę, pytając w trakcie najlepszej imprezy, jak tam Ci idzie nauka do kolosa, który przecież już za miesiąc.
Kiedy Paweł M. mówi, że jest zmęczony, kaszle, albo ma katar i idzie się położyć, nie wierz mu. On nie śpi. Czuwa. Zawsze. Niczym cholernie wredny Mikołaj bierze snajperkę i w tym roku na pewno trafi do wszystkich dzieci. Obserwuje Cię i nie przebaczy żadnego przejawu nieuctwa i lenistwa. Bo po to jesteś studentem, żeby się uczyć.
Dlatego dziękujemy Ci, Pawle M., my, Twoje stado leniwych baranów.
Strzeż nas zawsze, bo bez Ciebie zginiemy marnie w mętnych oparach piwa, które sami nawarzyliśmy.


Fantazje na Javie


Link 08.12.2008 :: 07:32 Komentuj (3)
"Komputer służy do tego, aby rozwiązywać problemy, których bez niego w ogóle by nie było"  Jedno z praw Murphy'ego.

Cóż może być piękniejszego dla studenta informatyki niż upojna noc spędzona z Javą. Ten wspaniały rytuał rozpoczyna się znacznie wcześniej, jeszcze za dnia. Wszystko zaczyna się etapem zwanym "zalotami" Wtedy to ów student (zwany dalej dla uproszczenia programistą) udaje obojętnego i  niedostępnego. Twierdzi, że nie chce mu się programować, udaje, że ma inne ciekawsze zajęcia. Wszystko to gra pozorów.  Zabiegi te mają wzbudzić w Javie zazdrość i miłość do programisty.  Wiadomo, konkurencja nie śpi. Jest przecież C, które ma co najmniej dwa plusy i Delphi, gdzie można sobie złapać za element i posuwać go po planszy, aż nam się znudzi. Ale tak naprawdę każdy programista kocha Javę i tylko Javę, i tylko z nią pragnie obcować.

W nocy następuje gra wstępna. Jest nastrojowo, światła są przygaszone, tylko blask monitora delikatnie muska blat biurka. Programista przygotowuje jakiś afrodyzjak. Przeważnie jest to kawa, czasem kawa z voodką. Dla bardziej perwersyjnych jest kisiel. O budyniu boję się myśleć.
 Wtedy programista powoli przystępuje do działania. Delikatnie stuka w klawiaturę i stopniowo coraz bardziej się nakręca. Oczywiście są też brutale, którzy lubią stukać szybko i mocno. Napięcie wzrasta.  Zbliża się punkt kulminacyjny. Programista kończy pisać i wtedy następuje ostra kompilacja. Programista jest tak podniecony, że często w ekstazie krzyczy do komputera "KOMPILUJ!! KOMPILUJ!!" Wraz z udaną kompilacją następuje eksplozja czystej rozkoszy. Jeśli program działa, programista czuje spełnienie. Aż chciałoby się papierosa zapalić.
Kiedy jednak program nie działa...
Cała przyjemność zaczyna się od nowa. Pisanie i kompilacja.  I kompilacja. I kompilacja. I jeszcze raz. I jeszcze.
Bo przecież programista musi mieć coś z życia.
Zwłaszcza jeśli musi żyć na Javie.


My home is my castle


Link 07.12.2008 :: 20:14 Komentuj (1)
Akademik.
 Jak powszechnie wiadomo, jest to siedlisko wszelkiego Zua.
Aby nie niweczyć wysiłków tych, którzy tu mieszkali i ciężko pracowali
na taką opinię, odprawiliśmy dziś czarną mszę. Niestety, jak wiadomo akademik to także siedlisko rozpusty, dlatego mieszkające tu dziewice można policzyć na palcach jednej ręki węża. W związku z brakiem dziewic, w kwestii ofiary musieliśmy zadowolić się portierem. Jeśli ktoś twierdził, że życie portiera nie wymaga poświęceń, najwyraźniej nie miał racji.
Później postanowiliśmy urządzić sobie skromną, kameralną libację.
W tym miejscu jednak każde, nawet jednoosobowe "czytanie książek" kończy się ogólnoakademikową Bitwą pod Grunwaldem. Dzielni wojowie nadciągają z każdej strony dzierżąc w dłoni przygotowany przez siebie oręż. Jak wiadomo studenci żyją w braterstwie, dlatego też Ci którzy przetrwają Bitwę odnoszą do obozów zwłoki poległych w boju współtowarzyszy studenckiej niedoli.
Nieprawdą jest, że mieszkańcy akademików piją dużo alkoholu. Nie piją
więcej, niż są w stanie przyjąć. To nie syrop i na siłę się nie wlewa.
Alkohol jest dobrem rzadkim, ale nie tutaj. Statystycznie na jednego mieszkańca akademika przypada jedna aparatura do produkcji alkoholu, pieszczotliwie zwana "bimbrownikiem". Do tego należy doliczyć import z NieTakBardzoDalekiego Wszchodu. Dlatego też znajdujemy dla C2H5OH inne ciekawe zastosowania. Na przykład gotowanie zupy grzybowej z cytrynówki. Oczywiście grzyby hodujemy sami. Rzadko kiedy są to pieczarki, ale co kto lubi.
Z życia codziennego.
Niestety nie ma windy. Dlatego też po schodach zjeżdżamy na lodoowce. Metody wyjazdu na górę jeszcze nie opracowaliśmy, ale za zgrzewkę złocistego możnaby zostać wniesionym razem z lodoowką.
Każdy radzi sobie jak może. Z racji ciągłych imprez w kuchni, tudzież rozłożonego tam namiotu, rzadko kiedy można coś ugotować.  Radzimy sobie z tą drobną niedogodnością za pomocą  odgrzewania pierogów w tosterze lub gotowania parówek w czajniku elektrycznym.
Więcej opowiadał nie będę, po prostu zapraszam na imprezę. Nie ma obawy, zmieścimy się wszyscy. Najwyżej się warstwami poukładamy. Głupsi na górze, albo jakieś inne interesujące kombinacje....


Press Play


Link 30.11.2008 :: 03:42 Komentuj (1)
"Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów." Stanisław Lem

W tej oto kolorowej rzeczywistości pojawiam się ja, człowiek (o ile mężczyzna to człowiek), który w swojej głowie rodzi więcej kwiatków niż wszyscy Kaczyńscy razem wzięci.
Wiem, miałem swoją szansę. Mogłem siedzieć cicho i tylko wydawać się idiotą. Ale dzisiaj postanowiłem się odezwać i, być może, rozwiać wszelkie wątpliwości.
Założyłem bloga. Dlaczego? hmm. Pozostańmy przy symbolu kwiatków. Na ogrodnictwie się nie znam. Miałem wprawdzie kiedyś kuktasa, ale się biedakowi zwiędło. Wiem tyle, że jeśli kwiatków się nie przesadza, to w doniczkach robi się im ciasno.
Taka tam metafora. Kiedy ktoś strzela dziwnymi pomysłami z szybkością MP5, w jego głowie w końcu zabraknie miejsca na łuski.
I tutaj pojawia się blog, miejsce gdzie zawsze będę mógł wrzucić kilka życiowych mądrości nie szkodząc nikomu.
I tak pewnie nikt tego nie będzie czytał. Chyba że tam, gdzie teraz jest mój dziadek, dostarczają im coś lepszego niż neostrada.
W końcu nie jestem Jolą Rutowicz i nikt nie będzie się ekscytował faktem, że nie założyłem dziś bielizny.
I nikt nie da mi bana za pisanie nie na temat (temat bloga- "inne"; obawiam się, że i tak mogę się w ramach nie zmieścić).

Blog jest dla mnie czymś nowym, więc pewnie na początku będę się zachowywał jak druid z wielkiego zadupia, który pierwszy raz w życiu widzi Stonehenge.
Trudno. Dinozaury od tego nie wyginą.

Jeśli jednak jakimś cudem odwiedzasz tą stronę (znajomy na złość wysłał Ci link?) i będziesz czytać dalej, powiem jedno:

Witaj w moim umyśle.
Pamiętaj, że czarnej dziury nawet światło nie jest w stanie opuścić.